Gamestop – blaski i cienie gamifikacji inwestowania

  • Post published:

Stało się to, co się stać musiało: inwestorzy, którzy kupowali Gamestop w okolicach 300 dolarów właśnie liczą potężne straty. To co miało być demokratyczną „zemstą” drobnych inwestorów na grających na krótko funduszach hedginowych okazało się spekulacyjną bańką. Wiele też wskazuje, że ta bańska została napompowana w ramach klasycznego mechanizmu „pump & dump”, gdzie grupa inteligentnych inwestorów – prawdopodobnie innych hedge-fundów – podsycała entuzjazm nieprofesjonalnych inwestorów komunikujących się na internetowych forach (m.in. WallStreetBets na portalu Reddit) i pompowała kurs akcji Gamestop odpowiednio wcześnie wychodząc z inwestycji. Jak zwykle najwięcej stracili ci, którzy dołączyli do gry w szczycie notowań.

Z jednej strony mamy do czynienia z fenomenem starym jak świat: wielu marzy o tym by dorobić się szybko i bez wysiłku. Stąd naturalna skłonność by uwierzyć w kolejną obiecującą narrację, że tym razem będzie to możliwe. Kończy się jak zwykle: drobna garstka ma po prostu szczęście i uda im sią zarobić, gdyż weszli w „grę” odpowiednio szybko i udało im się rentownie wyjść. Oczywiście ci nieliczni będą snuli opowieść o własnej przebiegłości i inteligencji, podczas gdy zasadniczo mieli po prostu szczęście – w kasynie też czasem się wygrywa. Zdecydowana większość jednak traci istotną część zainwestowanych pieniędzy, gdyż cały mechanizm powstawania spekulacyjnej bańki przypomina piramidę finansową, której rozrost wymaga ciągłego dołączania kolejnych, coraz większych grup inwestorów kupujących akcje coraz drożej.

Z drugiej jednak strony, za spekulacyjną bańką wokół spółki Gamestop (i paru innych) stoją także nowe zjawiska. Mobilne aplikacje do handlu instrumentami finansowym (np. Robinhood), które sam proces inwestycyjny upodabniają do gry video, oraz portale społecznościowe, które pozwalają na szybką wymianę informacji w społeczności „grających w inwestowanie”. Do tego wszystkiego jeszcze dochodzi pozornie bezpłatny charakter obrotu akcjami w ramach wspomnianych aplikacji. Wszystko to sprzedawane jest jako demokratyzacja świata finansów, która umożliwia drobnych inwestorom „utarcie nosa” grubym rybom z Wall Street (nazwa popularnej aplikacji – Robinhood  – nie jest przecież przypadkowa).

W praktyce jednak jest to kolejny sposób na to, by profesjonaliści spod znaku Robinhooda zarabiali na drobnych inwestorach. Aplikacje tego typu zarabiają na płatnościach od market makerów za strumień zleceń od inwestorów (order flow payments). Warunki transakcji oferowane przez market makerów są rzekomo lepsze od tych oferowanych przez scentralizowane giełdy. Jest to jednak trudno weryfikowalne przy milionach transakcji zawieranych przy pomocy skomplikowanych systemów informatycznych w przeciągu ułamków sekundy. I szczerze mówiąc nie bardzo w to wierzę.

Cały mechanizm gamifikacji inwestowania oparty jest na budowaniu wśród użytkowników ekscytacji oraz aktywności typowej raczej dla gier komputerowych niż procesu inwestycyjnego. Jak mawiał Mistrz z Omaha: dwóch największych wrogów inwestora to ekscytacja i prowizje maklerskie. Na to wszystko jeszcze nakładają się portale społecznościowe, które podsycają wszelkiego rodzaju stadne instynkty.

Przede wszystkim jednak zdolność aktywnie zarządzających inwestycjami do długotrwałego osiągania wyników lepszych niż rynek (odzwierciedlony w poziomie określonych indeksów) jest wysoce ograniczona. Udaje się to wyłącznie najlepszym z najlepszych. Podsycanie impulsów do grania na giełdzie po stronie uwięzionych w domach ludzi, którzy wydają na ten cel środki z rządowych programów pomocowych w okresie pandemii nie wydaje mi się etyczne. Prawdopodobieństwo, że w dłuższym terminie będą oni osiągać pozytywne wyniki finansowe, graniczy z zerem.

Tymczasem rynek oferuje dziś instrumenty, które umożliwiają indywidualnym inwestorom mądry i demokratyczny udział w rynkach finansowych – są nimi niskokosztowe, pasywne, indeksujące Exchange Traded Funds (ETF-y). Ich wynalazca – John Bogle  (założyciel Vanguarda) – należy do mojego kanonu herosów rynku finansowego. ETF-y umożliwiają zbudowanie stosunkowo bezpiecznego, zdywersyfikowanego branżowo i geograficznie portfela inwestycyjnego, który pozwala stopniowo korzystać na wzroście światowej gospodarki. Portfel tego rodzaju nie wymaga szczególnej atencji lub aktywności i pozwala nieprofesjonalnym inwestorom skoncentrować się na zajęciach, na których rzeczywiście się znają. W dłuższym terminie daje on jednak szanse na rozsądny zarobek bez pozostawiania nadmiernych pieniędzy różnego rodzaju pośrednikom finansowym.

Zdywersyfikowany portfel ETF-ów ma jednak jedną wadę: jest koszmarnie nudny. Nie generuje ekscytacji właściwej dla aktywnego tradingu. Jak mawia Warren Buffet: jedną z podstawowych, ale zarazem najtrudniejszych umiejętności inwestora to nierobienie niczego. Według niego proces inwestycyjny składa się głównie z cierpliwego czekania. I to jest prawdziwa przewaga, którą może mieć indywidualny inwestor nad wysoko opłacanym profesjonalistą ze świata finansów. Wielu z nich nie może sobie pozwolić na to, żeby nic nie robić, bo muszą jakoś uzasadnić wysokość pensji, którą otrzymują.