
Informacja o nabyciu przez Elona Muska ponad 9% akcji spółki Twittera zelektryzowała rynki i opinię publiczną. W reakcji na informację o transakcjach Muska akcje Twittera skoczyły o ponad 25%. Nic w tym dziwnego – ta platforma społecznościowa jest popularnym produktem o rozpoznawalnej marce, jednak spółka ją prowadząca od dawna wydaje się dryfować bez bliżej sprecyzowanej strategii. W efekcie Twitter pozostawał stosunkowo tani (ok. 30 mld USD). 13 kwietnia Musk ogłosił ofertę przejęcia całej spółki oferując ponad 20% premię (54.2 USD) w stosunku ostatniej wyceny. Wejście Elona Muska do akcjonariatu rynek zinterpretował jako szansę na zdynamizowanie biznesowego rozwoju tej spółki. Jednak „wroga” oferta przejęcia Twittera bez „błogosławieństwa” ze strony dotychczasowego kierownictwa spółki to zapewne dopiero początek długiego procesu…
Kupno akcji Twittera przez Muska to chyba raczej nie była próba korzystanie z okazji inwestycyjnej do nabycia niedowartościowanych walorów w stylu kupna akcji Washington Post przez Warrena Buffeta w 1973 r. (w branży medialnej rozdźwięk pomiędzy doniosłością społeczną produktu a wartością rynkową oferującej go spółki zdarza się całkiem często…). Założyciel Tesli i SpaceX do biznesu podchodzi raczej misyjnie jako do narzędzia zmieniania świata poprzez budowanie nowych, pożytecznych produktów. Zarabianie na obracaniu akcjami na giełdzie to chyba nie jego bajka. Musk zdecydowanie lepiej zadba o własny portfel realizując swoje pasje w zakresie sztucznej inteligencji, autonomicznych pojazdów, robotyki (Tesla) czy eksploracji przestrzeni kosmicznej (SpaceX) – choć zapewne czysty interes ekonomiczny nie jest tym co go w tym zakresie napędza.
Analitycy są stosunkowo zgodni, że kupno akcji Twittera wpisuje się w globalną dyskusję na temat granic swobody wypowiedzi w mediach społecznościowych. Elon Musk od lat należy do zagorzałych obrońców wolności słowa i przeciwników tendencji do coraz szerzej zakrojonego tzw. moderowania upublicznianych treści. Co więcej, z radością z tej wolności korzysta urastając przy okazji do jednej z największych gwiazd na Twitterze dzięki czemu Tesla do dziś praktycznie nie potrzebuje większego budżetu marketingowego.
Moment tej transakcji nie jest przypadkowy. W ciągu minionych kilku lat media społecznościowe stały się „chłopcem do bicia” ze strony polityków czy aktywistów społecznych. Zasadniczo oskarża się je o prawie wszystkie nieszczęścia tego świata – polaryzację poglądów politycznych, szerzenie fakenewsów, wzrost poziomu agresji…itd. Stąd też narasta presja na podmioty prowadzącego platformy społecznościowe – w tym Twittera – na tzw. moderowanie treści – tj. usuwanie wpisów uznawanych za szkodliwe czy wręcz blokowanie kont osób, które notorycznie wydawały się je rozpowszechniać. Presja ta wywierana jest już nie tylko ze strony regulatorów i polityków, ale także klientów (reklamodawców) oraz pracowników platform społecznościowych.
Osobiście trzymam kciuki za wolnościową misję Elona Muska i przyszłość Twittera jako otwartego publicznego forum. I chyba dobrze, że zdecydował się nie przyjmować stanowiska w radzie dyrektorów Twittera, gdyż pozostawia mu to zdecydowanie większą swobodę do działania: może bez większych ograniczeń zwiększać swój pakiet akcji oraz wypowiadać się na temat przyszłości Twittera bez oglądania się na obowiązki i odpowiedzialność członka rady dyrektorów. Jednak patrząc na statut tej spółki jej wrogie przejęcie nie jest prostym zadaniem (poison pill, staggered board itp.)
Wiele wspomnianych wyżej negatywnych zjawisk życia społecznego jest faktem – np. polaryzacja polityczna, wzrost poziomu agresji – jednak można wątpić czy ich wyłączną przyczyną są akurat media społecznościowe. Wydaje się raczej, że media społecznościowe po prostu uwypuklają zjawiska, których zasadnicze przyczyny tkwią gdzie indziej – np. we wzroście nierówności społecznych, lękach związanych z szybko zmieniającą się rzeczywistością technologiczną, gospodarczą i obyczajową czy polityce umiejętnie podsycającej polaryzację poglądów. Jeśli media społecznościowe umożliwiają swobodne wypowiadanie się przez kilka miliardów ludzi na Ziemi to siłą rzeczy będą one pokazywać ludzkość taką jaka ona jest – ze wszystkimi jej pięknymi cechami, ale również tymi całkowicie szpetnymi.
Pomijając najbardziej skrajne i dość oczywiste przypadki nadużyć – np. nawoływanie do przestępstw – ograniczanie swobody wypowiedzi pod pozorem zwalczania szkodliwych czy fałszywych informacji jest bardzo ryzykowną strategią regulacyjną. To co dla jednych jest szkodliwą bzdurą dla drugich jest ciekawą hipotezą czy wręcz „świętą prawdą”. Większości istotnych zagadnień nie można tak po prostu „sprawdzić” – gdyż rzeczywistość jest na ogół skomplikowana i nie poddaje się łatwo prostemu zabiegowi „sprawdzenia faktów”. Innym problemem, jest legitymacja społeczna prywatnej korporacji do decydowania o granicach wolności słowa. Moim zdaniem, najlepszą strategią jest więc ingerować jak najmniej i jak najrzadziej, a więc wyłącznie w skrajnych, łatwo weryfikowalnych przypadkach.
Wolne media społecznościowe oczywiście umożliwiają szerzenie fałszywych informacji, propagandy i absurdalnych teorii spiskowych. Jednak taka jest właśnie wolność słowa, którą należy postrzegać jako przewagę konkurencyjną świata Zachodu, a nie jego słabość. Przewagę konkurencyjną, która umożliwia krytyczne myślenie i innowacyjność. Wolność słowa oczywiście naraża nas na obcowanie z całą masą absurdalnych poglądów, irytujących wypowiedzi i fałszywych oskarżeń, jednak 1 na 1000 z tych poglądów może okazać się bezcenny. Być może uratuje on nas przed jakimś kolosalnym błędem popełnionym w amoku zbiorowych emocji i przesądów. Wszak wielu strasznych rzeczy w historii ludzkości nie popełniali ludzie mający całkowicie złe intencje tylko błędną ocenę rzeczywistości, którą utrwalało myślenie stadne. Szanujmy więc postawę i głosy niedostosowanych dziwaków i odmieńców, nawet jeśli wydają się nam one absurdalne i obiektywnie błędne. Traktujmy je jako rodzaj ubezpieczenia i ćwiczenia z otwartości umysłu na wypadek gdybyśmy pobłądzili w naszych zbiorowych ocenach. Wszak to jest ten typ mniejszościowych i odosobnionych głosów, których przydałoby się więcej np. w putinowskiej Rosji….
