
No i stało się. Po wielu zapowiedziach Google został ostatecznie pozwany przez Departament Sprawiedliwości za stosowanie praktyk monopolistycznych. Jak to z reguły bywa w przypadku kompromisowych rozwiązań nikt nie jest zadowolony z zakresu zarzutów, które formalnie zostały postawione: ani Google, ani jego krytycy. Pozew koncentruje się bowiem na umowach, które Google zawierał z Apple i innymi wytwórcami smartfonów (np. Samsungiem), których przedmiotem było m.in. instalowanie przeglądarki Google jako domyślnej aplikacji produkowanych urządzeń mobilnych. Apple otrzymywał w zamian znaczny udział w przychodach reklamowych Google. Natomiast inni producenci smartfonów opartych na systemie Android (zasadniczo udostępnianym przez Google w modelu open source) otrzymywali dodatkowo możliwość zainstalowania popularnej platformy z aplikacjami na Androida – Google Play.
Wbrew krytykom technologicznego giganta pozew pomija dwie kluczowe kwestie: (1) promowanie przez Google własnych produktów w ramach wyników wyszukiwania kosztem konkurencji, (2) konflikty interesów i nieprzejrzystość cenową wertykalnie zintegrowanego biznesu reklamowego Google dotyczącego reklam na stronach podmiotów trzecich (np. internetowych serwisach prasowych). Oznacza to, że najprawdopodobniej Departament Sprawiedliwości nie będzie domagał się w charakterze środków zaradczych podziału różnorodnego biznesu Alphabet (spółki matki Google), który obok popularnej wyszukiwarki obejmuje także serwis filmowy YouTube, dostawcę usług chmurowych Google Cloud Platform, przeglądarkę Chrome, sklep aplikacji na Androida Google Play, czy wreszcie Google Maps, DoubleClick (reklama internetowa) i Weymo (autonomia dla samochodów) – by wymienić tylko niektóre ważniejsze segmenty.
Stosunkowo wąski i precyzyjny zakres pozwu przeciwko Google’owi to chyba dobra wiadomość. Po pierwsze, powództwo w takim kształcie ma szanse odnieść sukces i być rozsądnym krokiem w kierunku regulowania działalności Big Tech w tych aspektach, które tego bezwzględnie wymagają. Wydaje się, że umowy dotyczące preinstalowania przeglądarki Google jako domyślnej na phone’ach, Samsungach i innych smartfonach utrwalają dominację tej aplikacji na rynku wyszukiwarek i rynku reklamy w ramach tych wyszukiwarek. Co jeszcze ważniejsze: skutecznie powstrzymują one Apple przed opracowaniem własnej wyszukiwarki. Cóż, zarabianie kilkunastu miliardów dolarów rocznie „za nic” jest pokusą nie do odparcia nawet dla Apple.
Po drugie, żądania podziału dużych spółek technologicznych brzmią raczej populistycznie – przyciągają uwagę w nagłówkach prasowych, ale rzadko stoi za nimi przekonujące uzasadnienie. Pomysły te zupełnie pomijają źródła siły tych spółek. Nadużywanie pozycji dominującej przez Big Tech polega na czymś z goła odmiennym od działań starego, dobrego telekomu, który jako jedyny wkopał kabel na ulicy i potem pobierał zawyżone opłaty za „dziadowską” usługę. Usługi Google są zasadniczo użyteczne, popularne i lubiane. Taka jest natura internetowych agregatorów, którzy „przyciągają” do siebie odbiorców oferując treści, które im najbardziej odpowiadają, a przez to – kontrolując popyt – całkowicie komodytyzują dostawców treści i zarabiają na emisji reklam. Od lat obszernie i mądrze pisze na ten temat Ben Thomson (Stratechery.com).
Internetowi agregatorzy treści lub platformy informatyczne funkcjonują w oparciu o bardzo silne efekty sieciowe – każdy kolejny użytkownik zwiększa wartość tej usługi dla innych użytkowników lub dostawców. Wydzielenie Youtube z Alphabet nie osłabi specjalnie efektów sieciowych tego serwisu video. Wydzielenie Google Play w żaden sposób nie zmniejszy przewagi właściciela tej platformy wobec programistów tworzących aplikacje na Androida i użytkowników smartfonów opartych na tym systemie operacyjnym. Oczywiście Alphabet korzysta na synergiach pomiędzy poszczególnymi platformami lub aplikacjami, których jest właścicielem (np. pomiędzy Chrome i wyszukiwarką), jednak nie mają on kluczowego znaczenia dla popularności poszczególnych serwisów.
Zdaniem krytyków, wyszukiwarka Google w sposób nieuczciwy wobec konkurencji promuje produkty własne Alphabet: Youtube, Google Maps, czy Google Travel – np. kosztem innych internetowych biur podróży (OTA) typu Booking.com czy Tripadvisor. Nie jest to jednak wystarczający argument za podziałem całego Alphabet. Jak się wydaje, potrzebne są tu raczej uczciwe i przejrzyste reguły dotyczące funkcjonowania wyszukiwarek internetowych. Warto też pamiętać, że Google’owi bynajmniej nie zależy na „zabiciu” konkurencji – np. innych biur podróży, gdyż oznaczałoby to radykalny spadek przychodów reklamowych z działalności wyszukiwarki. Wszak taki Booking.com ogromną część swoich przychodów wydaje na reklamy publikowane w ramach Google.
Paradoksalnie, przy dzisiejszych bardzo wygórowanych wycenach mniejszych, wzrostowych spółek technologicznych mogłoby się okazać, że podział Alphabet byłby krótkoterminowo korzystny dla inwestorów – przynosząc wzrost wartości wszystkich biznesów Alphabet notowanych jako odrębne spółki. Pytanie tylko, czy byłoby to korzystne rozwiązanie w długoterminowej perspektywie? W dobie wyścigu technologicznego między Światem Zachodu a Chinami, rozmontowanie największych zachodnich maszyn postępu technologicznego nie spowoduje, że wrócimy do konkurencyjnej rzeczywistości z początku ery internetu. Niestety, wbrew wcześniejszym nadziejom, okazuje się, że cyfryzacja, internet i sztuczna inteligencja sprzyjają centralizacji (nadzieje na złagodzenie tego trendu słusznie pokłada się w technologiach DLT i blockchain). Nawet w przypadku rozbicia amerykańskich Big Tech, na rynku pozostaną chińscy giganci – Alibaba, Tencent i Huawei – bo rząd Państwa Środka bynajmniej nie ma zamiaru ich dzielić. Łatwiej przecież kontrolować internet i reprezentować chińskie interesy na świecie za pomocą kilku dużych czempionów.
Po trzecie, zawężony charakter pozwu przeciwko Google pokazuje, że regulowanie Big Tech jest po prostu trudne. Większość stawianych dużym spółkom technologicznym zarzutów domaga się bardzo szczegółowych regulacji dotyczących konkretnych elementów oferowanych przez nie usług i produktów, które otwierają największe pole do nadużyć. Problem w tym, że każda ze szczegółowych interwencji prawodawczych w tym zakresie wymaga z reguły odpowiedniego wyważenia poważnych konfliktów wartości i pociąga za sobą wiele nieoczekiwanych konsekwencji.
Przykładem, niech będzie nieuchronny konflikt pomiędzy ochroną prywatności a konkurencyjnością na określonym rynku. Jest przecież faktem, że RODO chroniąc naszą prywatność jednocześnie wzmocniło największe spółki technologiczne kosztem drobnych graczy na rynku reklamy internetowej. Unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych pogrążyło część branży reklamy internetowej, która wykorzystywała dane o użytkownikach internetu pozyskiwane od podmiotów trzecich (za pomocą tzw. third party cookies). Dla Facebooka – który dysponuje wiedzą o własnych użytkownikach – tego typu regulacje były dotkliwe krótkoterminowo, ale w dłuższym okresie tylko zwiększały jego przewagę konkurencyjną. Wszelkie regulacje na rynku działają niczym podatek degresywny – najdotkliwiej obciążają małe podmioty – więc warto je nakładać z umiarem. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zapowiedzi KE dotyczące Digital Services Act, który ma ponoć zobowiązywać duże spółki do dzielenia się z mniejszymi konkurentami zebranymi danymi pobrzmiewa z kolei jako próba ucieczki w drugą skrajność i wspieranie konkurencji na rynku kosztem ochrony danych osobowych.
Na podobnej zasadzie, obarczonym konfliktami wartości i przez to trudnym do rozstrzygnięcia problemem są należyte regulacje dotyczące platform aplikacji na urządzenia mobilne. App Store i Google Play w praktyce są dominującymi „sklepami aplikacji” funkcjonującymi w ekosystemach IOS i Androida. W procesie wytoczonym przez Spotify wobec Apple dotyczącym opłat pobieranych od aplikacji instalowanych za pośrednictwem App Store podniesiono sporo ważkich argumentów na rzecz tezy, że warunki dyktowane przez App Store twórcom różnorodnych aplikacji nie zawsze są fair. Jednak znalezienie rozsądnego rozwiązania tego problemu nie należy do łatwych. Z jednej strony jest faktem, że wprowadzony przez App Store prosty i bezpieczny model pobierania aplikacji na urządzenia mobilne był genialnym rozwiązaniem zarówno z punktu widzenia użytkowników, jak i twórców oprogramowania. Podmioty, które stworzyły i utrzymują taką platformę, mają uzasadnione prawo do odpowiedniego wynagrodzenia. W konsekwencji 30% „haracz” pobierany od każdej opłaty za aplikacje dystrybuowane przez App Store czy Google Play jest pewno adekwatny dla gier mobilnych, które nie mają kosztów marginalnych i funkcjonują wyłącznie w ekosystemie urządzenia mobilnego. Z drugiej strony, tenże sam haracz jest już całkowicie nieadekwatny dla aplikacji typu Spotify, które mają koszty marginalne (opłaty na rzeczy posiadaczy praw do utworów muzycznych) i funkcjonują także poza urządzeniami mobilnymi (np. na laptopach). Pikanterii tej akurat sprawie dodaje fakt, że Apple dysponuje własną, konkurencyjną wobec Spotify, aplikacją audio, która przecież korzysta na nieadekwatnych obciążeniach finansowych nakładanych na Spotify. W tym zakresie być może potrzebne będą nowe, elastyczne regulacje prawne i niezależny regulator, który określać będzie maksymalny poziom opłat dla różnych typów aplikacji
Branża technologiczna na naszych oczach staje się branżą regulowaną, gdyż technologie informatyczne przestały być wyłącznie przydatnym dodatkiem do analogowej rzeczywistości i stały się fundamentem funkcjonowania cyfrowego społeczeństwa. Osobiście wątpię jednak by to regulacje antymonopolowe położyły kres potędze Google, Apple czy Amazon. Najprawdopodobniej wyręczy je w tym postęp technologiczny oraz rynek. Przecież to nie wyrok przeciwko Microsoft położył kres dominacji platformy Windows, tylko nastanie ery urządzeń mobilnych. Microsoft po prostu przegrał batalię o systemy operacyjne dla smartfonów, w efekcie czego Windows pozostał systemem operacyjnym dla pewnej, tracącej na znaczeniu, podgrupy urządzeń. Urządzenia mobilne zostały natomiast zdominowanego przez IOS (Apple) oraz Androida (Google).
Każda epoka ma swoje spółki, których produkt wydaje się być jedyny i niezastępowalny, aż do momentu, kiedy ich „monopol” po prostu wygasa na skutek przemian technologicznych. IBM też kiedyś zdawał się być spółką, której pozycji nic nie było w stanie zagrozić; po czym stracił na znaczeniu bynajmniej nie na skutek trwającego 13 lat postępowania (1969-1981) antymonopolowego, lecz na skutek błędów biznesowych. Chcąc zdominować młody, szybko rosnący rynek komputerów osobistych IBM na początku lat 80-tych postanowił podzlecić stworzenie systemu operacyjnego dla komputerów osobistych – i to bez zastrzegania wyłączności – na rzecz start-up’u o nazwie Microsoft… Drugi, równoległy i podobny w swej naturze błąd polegał na zleceniu produkcji mikroprocesorów do tych komputerów Intelowi. Z upływem kolejnych lat IBM znalazł się na wysoce konkurencyjnym i niskomarżowym rynku producentów pecetów, na którym „prawdziwe pieniądze” zarabiał Microsoft i Intel dostarczając kluczowe komponenty w łańcuchu wartości komputerów osobistych.
Ojcowie Założyciele demokracji amerykańskiej ogromnie obawiali się skoncentrowanej, monopolistycznej władzy – w tym także gospodarczej – która może zagrozić wartościom demokratycznym. Zestawienie kapitalizacji spółek spod znaku Big Tech oraz budżetu Stanów Zjednoczonych może wskazywać, że ten czarny scenariusz właśnie się realizuje. Te słuszne obawy powstawały jednak w czasach przedcyfrowych. Internet umożliwia i zarazem wymusza tworzenie przedsiębiorstw na skalę globalną. Partnerami dla tak dużych spółek technologicznych z natury rzeczy nie mogą być wyłącznie poszczególne państwa, lecz społeczność międzynarodowa pracująca wspólnie nad nowoczesnymi ramami prawnymi dla technologii stanowiącymi kręgosłup cyfrowego społeczeństwa. W konsekwencji także w tym zakresie -, jak nigdy – potrzebujemy zdecydowanie więcej współpracy państw demokratycznego Zachodu na rzecz nowego ładu cyfrowego na świecie, a mniej narodowych egoizmów, protekcjonizmów i wojen handlowych.
