
Rynkowy sukces Bitcoina uczy nas między innymi, że rozproszona i zdecentralizowana struktura gospodarcza jest często bardziej odporna na wstrząsy niż jej scentralizowane odpowiedniki. Być może nie jest ona najtańsza czy najbardziej efektywna, ale za to lepiej znosi nieuniknione turbulencje. Ta ostatnia właściwość w powojennym i postpandemicznym świecie nabierze podstawowego znaczenia.
Przez minione lata światowa gospodarka opierała się w znacznej mierze na outsourcingu i centralizacji kluczowych procesów gospodarczych na terenie krajów oferujących korzystne warunki ekonomiczne (tania siła robocza, dostęp do surowców, korzyści skali). Tak było po prostu najtaniej. Dzięki temu gospodarka niemiecka mogła pozwolić sobie na nonszalanckie podejście do energetyki – skoro wszystko załatwiał „tani jak barszcz” gaz z Rosji – a niemieckie przedsiębiorstwa mogły skoncentrować się na tym co najbardziej lubią – np. eksporcie luksusowych aut dla bogacących się Chińczyków. Najbardziej innowacyjne amerykańskie spółki mogły z kolei skupić swoją uwagę na najbardziej kreatywnej części zadań – tj. projektowaniu architektury mikroprocesorów i urządzeń elektronicznych pozostawiając „brudną robotę” chińskim czy tajwańskim fabrykom.
Skutek jest taki, że: gospodarka niemiecka stała się zakładnikiem politycznego terrorysty zarządzającego rurą z rosyjskim gazem. Najlepsze amerykańskie przedsiębiorstwa technologiczne uzależnione są od mocy produkcyjnych tajwańskiego TSMC – niekwestionowanego lidera z ponad 50% udziałem w rynku producentów mikroprocesorów. Problem w tym, że zdecydowana większość fabryk tej spółki znajduje się na terenie Tajwanu, którego niezależności nie uznają Chiny, otwarcie zastrzegając sobie prawo użycia siły, aby ponownie przyłączyć ten kraj „do macierzy”. Na podobnej zasadzie jedne z najnowocześniejszych fabryk produkujących Iphony zlokalizowane są w Chinach. Jak złośliwie zauważa N.N. Taleb: gdyby Putin chciał zniszczyć kluczową infrastrukturę przemysłową USA to musiałby zacząć bombardować Chiny….
Wraz z wojną na Ukrainie, a wcześniej pandemią Covid-19, scentralizowany model światowej gospodarki rozsypał się jak domek z kart. Łańcuchy dostaw uległy zerwaniu czy znacznemu przeciążeniu najpierw na skutek lock-down’ów, a następnie wojny na Ukrainie i sankcji nakładanych na Rosję. Raczej nie jest to koniec globalizacji – jak wieszczą niektórzy eksperci – lecz raczej pewnej naiwnej jej wersji, która zakładała „koniec historii” – a więc stabilny i bezpieczny świat, w którym porządku pilnuje globalny policjant (Stany Zjednoczone), a pozostałe państwa pokojowo bogacą się korzystając z dobrodziejstw wolnego handlu. Taka wizja zakładała po pierwsze trwałość i niepodważalność pozycji Stanów Zjednoczonych jako jedynego i wszechmogącego supermocarstwa. Wzrost znaczenia Chin i wewnętrzne problemy Stanów Zjednoczonych (wysoki poziom zadłużenia, polaryzacja polityczna) wskazują, że w dłuższym terminie relatywna pozycja geopolityczna USA może ulegać erozji. Po drugie, dla różnych politycznych mafii zarządzających bogatymi w surowce krajami sama obecność w pobliżu państw wolnych i demokratycznych stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo, gdyż przypomina społeczeństwu terroryzowanemu oraz okradanemu przez dyktatora i jego świtę, że możliwy jest zupełnie inny porządek społeczny niż ten którego doświadcza na co dzień.
Jak będzie wyglądał ten nowy, zdecentralizowany porządek światowej gospodarki trudno ostatecznie przesądzać. Jednak widać już jego pierwsze zalążki. Z pewnością każde rozsądne państwo i przedsiębiorstwo będzie chciało mieć kluczowe zasoby i moce produkcyjne pod ręką i to z dużym zakresem awaryjnych rezerw i zastępowalności poszczególnych czynników.
Widać to już po zapowiedziach budowy lokalnych fabryk nowoczesnych mikroprocesorów, które płyną zarówno, ze Stanów Zjednoczonych jak i Europy. Nikt nie czuje się komfortowo w sytuacji, gdy bezpieczeństwo dostaw kluczowych elementów cyfrowego świata w zasadzie zależy od tego, czy i kiedy XI Jinping postanowi pójść w ślady swojego druha Putina w militarnym poszerzaniu swojej strefy wpływów. Takie plany z pewnością cieszą holenderski ASML, który jest czołowym dostawcą urządzeń dla fabryk mikroprocesorów.
Odbudowa lokalnych mocy produkcyjnych przynosi ze sobą renesans wiary w przemysłowe zastosowanie technologii additive manufactuiring. Najbardziej precyzyjne drukarki od Velo3D już dziś „drukują” kluczowe elementy do silników rakiet Elona Muska w SpaceX. Z kolei Desktop Metal dostarcza drukarki pozwalające na szybką i masową produkcję podzespołów dla przemysłu samochodowego i lotniczego. Drukarki 3D stanowią bowiem uniwersalne i bardzo elastyczne urządzenia pozwalające na szybką produkcję różnorodnych części i podzespołów. Przy czym coraz częściej wykorzystywane są one do masowej produkcji, a nie tylko do wytwarzania prototypów. Nie jestem pewien czy urządzenia te mogą produkować tańsze części, niż chiński, masowy podwykonawca, ale z pewnością lokalna fabryka wyposażona w takie drukarki może bardziej elastycznie dostosowywać się do szybko zmieniających się potrzeb.
Oczywiście kluczowa batalia rozegra się o tanie i niezawodna źródła energii elektrycznej. Skoro przyszłością gospodarki – jak wielu słusznie utrzymuje – jest sztuczna inteligencja i automatyzacja to warto zdać sobie sprawę z faktu, że serwerownie i roboty działają na prąd. Nie chodzi więc tylko, żeby jego dostawy były zabezpieczone, ale także o to by energia elektryczna była relatywnie tania.
Tuż po wybuchu wojny w Ukrainie Mark Andreessen (a16z) wzywał do wybudowania w USA i Europie 1000 nowych, zaawansowanych technologicznie elektrowni atomowych, aby ostatecznie uwolnić się od ponurych dyktatorów kontrolujących istotną część światowych zasobów ropy i gazu. Nie wiadomo, czy politycy wezmą sobie to wezwanie do serca, choć powinni.
Osobiście uważam, że w rodzimej dyskusji nad bezpieczeństwem energetycznym zbyt małą wagę przywiązuje się do rozproszonych źródeł energii. Buduje się je szybciej, a jako całość – w swojej zdecentralizowanej skali – są one bardziej odporne na różnego rodzaju zawirowania. Marzy mi się anty-putinowska tarcza polegająca na: po pierwsze, nieoprocentowanej długoletniej pożyczce od państwa dla każdego mieszkańca, który zdecyduje się na instalację solarną wraz pompą ciepła i baterią do magazynowania energii; a po drugie, państwowych pożyczkach i zachętach podatkowo-regulacyjnych dla polskich przedsiębiorstw, które zdecydują się zainstalować mały, modułowy reaktor atomowy (SMR) albo farmę wiatrową/solarną wraz z magazynem energii. Niestety w Polsce mamy pewną słabość do wszystkiego co „centralne”, „narodowe” i państwowe… Przy czym nie chodzi o to, że wielka, kontrolowana przez państwo elektrownia atomowa jest zupełnie bez sensu, tylko o to, że realizacja tego typu projektów wszędzie na świecie ma tendencję do tego by kosztować dwa razy więcej i trwać dwa razy dłużej niż zakładano. Może warto poddać głębszej refleksji rozwój energetyki obywatelskiej (prosumenckiej) w minionym okresie – wystarczyło kilka sensownych bodźców ekonomicznych ze strony państwa, by dzięki ludzkiej inicjatywie i przedsiębiorczości wydarzyło się wiele dobrego…
Fot: „I-con” by Lightmash – CC BY-NC-SA 2.0.
