
Pytanie o przyszłość lidera rynku wyszukiwarek internetowych – Google –jest jednym z ciekawszych zagadnień w kontekście radykalnego przyspieszenia rozwoju generatywnej sztucznej inteligencji, czego symbolem stał się udostępniony przez OpenAI ChatGPT. Kwestia ta staje się szczególnie doniosła w kontekście ogłoszonej niedawno ogromnej inwestycji Microsoftu w OpenAI (10 mld USD), zacieśnienia współpracy pomiędzy obiema firmami i zapowiedzi wykorzystania technologii ChatGPT w ramach wyszukiwarki Bing należącej do Microsoftu.
Google od zgoła dwóch dekad dominuje rynek wyszukiwarek dysponując dziś prawie 85% udziałem w rynku. W okresie tym przewaga technologiczna Google była na tyle wielka, że uczyniła z tej firmy biznesową potęgę. Drugi gracz w branży – wyszukiwarka Bing od Microsoft – dysponuje jedynie 8,85% udziałem w rynku. Stan ten nie powinien dziwić. Jako intensywny użytkownik wyszukiwarki Google mogę stwierdzić, że kilka nieudanych prób korzystania z Bing było niczym chwilowa przesiadka z BMW do Dacii.
Pojawienie się popularnych programów konwersacyjnych typu ChatGPT opartych na generatywnej sztucznej inteligencji sprowokowało dyskusję czy aby przewaga technologiczna Google na tym rynku nie skurczyła się na tyle, że otwiera się wreszcie przestrzeń dla poważniejszej konkurencji dla Google. Wielkie modele językowe, o które oparte są programy konwersacyjne, trenowane są na podstawie treści zawartych w internecie. Wydaje się, że przejście z intrygującego programu konwersacyjnego typu ChatGPT do użytecznej wyszukiwarki internetowej nie powinno być przepaścią nie do pokonania. Intuicje te potwierdzają nie tylko eksperci (np. Andrej Karpathy, były szef działu AI w Tesli), ale także ogłoszony niedawno sojusz Microsoftu z OpenAI.
Każda przewaga technologiczna spółki kiedyś się kończy. Prędzej czy później konkurenci na rynku odrabiają zadanie domowe i opanowują technologie, które wczoraj były domeną lidera. Kluczowym zagadnieniem staje się to, czy technologiczny lider zdołał przez okres swojej dominacji zbudować inne przewagi konkurencyjne – typu korzyści skali czy kontrolę nad kanałami dystrybucji swojego produktu. Z całą pewnością to ostatnie zadanie Google odrobił z nawiązką.
Google jako zdecydowany lider, obsługuje najwięcej pytań ze strony użytkowników oraz dysponuje największą możliwością trenowania modeli sztucznej inteligencji, na bazie których pracuje. Warto przy tym zaznaczyć, że zdecydowania większość stron internetowych jest zoptymalizowana pod kątem wymagań technologicznych Google – każdy chce być łatwo „znajdywalny” w internecie przez dominującą wyszukiwarkę. Będąc liderem rynku reklamy w ramach wyszukiwarek Google jest w stanie najlepiej rozłożyć pomiędzy wielu użytkowników koszty trenowania swoich modeli sztucznej inteligencji, a także koszty obsługiwania wszystkich zapytań internautów. Nie wszystkie pytania użytkowników są rentowne, gdyż nie wszystkie stwarzają równie dobrą okazję do publikacji reklam (osobiście korzystam z Google głównie w celach edukacyjno/naukowych, na czym ta spółka zapewne słabo zarabia).
Wykorzystywanie mocy obliczeniowych w chmurze jest dość kosztowne (energia elektryczna, coraz lepszy sprzęt). Oferowanie darmowej wyszukiwarki internetowej wymaga więc ogromnej skali pozwalającej na intratne monetyzowanie poprzez reklamy przynajmniej część zapytań użytkowników. Bing za którym stoi Microsoft zapewne da sobie radę – w szczególności włączając swoje możliwości do oferowanego przez tę spółkę oprogramowania zwiększającego produktywność – Teams, Microsoft 365. W tym kontekście wydaje się, że opowieść o demokratyzacji sztucznej inteligencji za pośrednictwem wielu małych start-upów być może jest zbyt piękna by była do końca prawdziwa.
Podstawowe przewagi Google sprowadzają się do dystrybucji swojego produktu. Google kontroluje Androida – system operacyjny dla urządzeń mobilnych (71,8 % udziału w światowym rynku) oraz Chrome – najpopularniejszą przeglądarkę internetową (65,8% udziału w rynku). Nie są to tradycyjne produkty, bo Google bezpośrednio nie zarabia na nich wiele. Ich funkcją jest przede wszystkim to by większość ich użytkowników korzystała z wyszukiwarki Google jako tej domyślnej. Android i Chrome to produkty obronne mające chronić pozycję rynkową wyszukiwarki Google (Bill Gurley). Warto nadmienić, że Google płaci Apple kilkanaście mld USD rocznie by jego wyszukiwarka była domyślnym rozwiązaniem w ramach IOS oraz przeglądarce Safari, czyli w królestwie urządzeń Apple. Na podobnej zasadzie Google płaci również Mozilli za to, by jego wyszukiwarka była domyślna w ramach przeglądarki Firefox. Gdy wszystko to zsumować to okazuje się, że wyszukiwarka Google jest domyślnym narzędziem w ramach ok. 92% przeglądarek internetowych i ponad 95% mobilnych systemów operacyjnych. Oczywiście – ten model ochrony swojej pozycji rynkowej jest ryzykowny z punktu widzenia regulacyjnego i pewno z biegiem czasu będzie podlegał erozji na skutek działań regulatorów. Jak na razie jednak proces ten przebiega stosunkowo wolno.
Google już raz skutecznie bronił się przed wertykalnymi wyszukiwarkami (typu TripAdvisor), które kiedyś miały mu zagrażać. Po prostu zaoferował podobne funkcjonalności w ramach własnego produktu. Nie jestem też przekonany czy zagrażać mu będą wyspecjalizowane wyszukiwarki docelowo mające działać w modelu subskrypcyjnym, oferowane dziś przez niektóre interesujące start-upy (np. Perplexity.ai). Można przypuszczać, że Google zastosuje wobec nich sprawdzoną strategię podmiotów zasiedziałych na rynku – skopiuje ciekawy pomysł i zaoferuje niewiele gorszy produkt za niższą cenę.
Wielu ekspertów (np. Ben Thompson, Stratechery), chyba słusznie twierdzi, że zagrożeniem dla Googla może być dopiero zmiana dominującego sposobu korzystana z zasobów internetu i związany z nim nowy typ popularnego sprzętu – np. pojawienie się okularów wzbogaconej rzeczywistości (AR – augmented reality). Podmiot, który zdominowałby taką nową platformę technologiczną zapewne byłby w stanie zaoferować także alternatywną wobec Google wyszukiwarkę internetową czy nawet nowy model świadczenia tej usługi. Przecież pozycja rynkowa Windows Microsoftu nie została podważono poprzez próbę detronizacji Windows na rynku komputerów osobistych. Dominację Windows zakończyło pojawienie się na rynku smartfonów. Stały się one podstawowymi urządzeniami łączącymi nas z internetem, które nie pracują w oparciu o Windows.
Pozycja rynkowa Google jest więc lepsza niż może się to wydawać w kontekście eksplozji entuzjazmu wokół generatywnej sztucznej inteligencji oraz rynkowej proliferacji tej technologii. Do czasu… W dłuższym horyzoncie czasowym przed rynkowymi siłami kreatywnej destrukcji nie ma ucieczki.
Grafika: DALL-E & TS
