Fake newsy, media społecznościowe i kryzys prasy

  • Post published:

Pandemia koronawirusa stała się okazją dla wzmożonej dyskusji na temat granic wolności słowa w mediach społecznościowych, a to wszystko w kontekście równoległej epidemii fake newsów na tematy związane z Covid 19. Zarówno Twitter jak i Facebook, obok tradycyjnej prasy, przyłączyły się do akcji zwalczania fałszywych informacji na temat tej choroby czy działań zmierzających do łamania rządowych regulacji mających zapobiegać jej rozprzestrzenianiu się. I żeby było jasne: działania te uważam za bezwzględnie konieczne. Nie leży bowiem ani w interesie publicznym ani też samych spółek zarządzających popularnymi platformami społecznościowymi, aby stały się one przestrzenią nawoływania np. do palenia nadajników 5G (idiotycznie oskarżanych o sprzyjanie rozprzestrzenianiu się epidemii koronawirusa – zob. tutaj), naruszania zasad kwarantanny czy też unikania obowiązkowych szczepień ochronnych. Ważne jednak abyśmy w tym ferworze oburzenia na zjawisko upubliczniania fałszywych informacji w mediach społecznościowych, umieli dostrzegać rodzący się konflikt wartości pomiędzy ochroną interesu publicznego oraz wolności słowa. Media społecznościowe pozostaną z nami na długo i – czy nam się to podoba czy nie  – to od ich kondycji, w tym także poziomu ochrony wolności słowa w ich ramach, zależeć będzie jakość życia demokratycznych społeczeństw. Media społecznościowe do pewnego stopnia zaczęły bowiem zastępować tradycyjną prasę, która za sprawą internetu znajduje się w kryzysie i szuka dla siebie nowego modelu biznesowego. Jeżeli zatem czwarta władza – profesjonalne dziennikarstwo –  przeżywa kłopoty to tym bardziej potrzebujemy wolnej i odpowiedzialnej piątej władzy czyli mediów społecznościowych.

               W przed-internetowej rzeczywistości rynek prasy miał naturalną tendencję do kształtowania się według modelu oligopolistycznego czy czasem wręcz monopolistycznego (np. niektóra prasa lokalna). Bariery wejścia na ten rynek były znaczne. Założenie gazety wymagały znacznych inwestycji umożliwiających składanie, drukowanie i dystrybucję prasy. Wydawcy dysponujący najlepszym zespołem dziennikarskim i bazą sprzętową uzyskiwały największy udział w rynku reklamy prasowej, co z kolei zapewniało lepsze finansowanie wzrostu jakości gazety, co jeszcze bardziej zwiększało jej atrakcyjność dla reklamodawców…. i tak oto koło zamachowe najlepszych gazet rozpędzało się coraz bardziej, eliminując z rynku słabeuszy. Warto wspomnieć, że w przedcyfrowych czasach reklamodawcy nie mieli wielkiego wyboru, chcąc dotrzeć do konsumentów mieli zasadniczo trzy podstawowe opcje: telewizja, radio lub prasa. Mówiąc krótko: wydawanie popularnej w danym regionie gazety – jak każdy monopol – było doskonałym biznesem. Nie bez przyczyny najlepsze inwestycje Warrena Buffeta były właśnie na rynku prasowym: by wymienić tyko Washington Post w czasach Katherine Graham (polecam film „Czwarta Władza”  – org. the Post, z M. Streep, T. Hanksem – przedstawiający jej postać tuż przed biznesowym aliansem z W. Buffetem).

               Wraz z nadejściem internetu ten piękny świat rozpadł się jednak na kawałki. W internecie koszty utrwalania i dystrybucji treści są praktycznie zerowe. Każdy może być wydawcą ogłaszającym całemu światu wszystkie swoje „mądrości”. Ma to swoje ogromne plusy: internet otwiera przed nami świat bez „strażników” treści – redaktorów naczelnych decydujących o tym, jakie poglądy i wypowiedzi zasługują na to aby inni o nich usłyszeli. Przy czym, mam głębokie przekonanie, że to jest lepszy, bardziej demokratyczny świat, który zwiększa szanse na to, że w dyskursie publicznym przebiją się także poglądy niesztampowe, odkrywcze, niszowe, czyli te które tak naprawdę popychają świat do przodu… Oczywiście ma to także swoje ogromne wady  – w warunkach gdy praktycznie każdy może być internetowym twórcą i wydawcą jednocześnie, odbiorcy funkcjonują w warunkach informacyjnego nadmiaru, na który składają się także wiadomości mało przydatne, błędne, fałszywe czy wręcz celowo zmanipulowane. Ceną za otwartość na różnorodność głoszonych poglądów staje się więc bezustanne narażanie na zalew informacyjnego śmiecia. W tym warunkach kluczowe znaczenie nabierają super-agregatorzy treści internetowych – tacy jak Google czy Facebook – którzy czytelnikom ułatwiają poruszanie się po świecie informacyjnego nadmiaru, zgarniając przy okazji większość przychodów z reklamy internetowej (dysponując dominującą pozycją rynkową w swoich kategoriach). Tradycyjny wydawca prasowy – nawet jeśli przetrwa transformację z wersji papierowej w cyfrową – jest już tylko jednym z wielu dostawców treści w ramach koszmarnie konkurencyjnego rynku, na który składa się nie tylko prasa, ale także internetowe portale informacyjne, wyspecjalizowani wydawcy, niezależnie blogerzy i wielu innych. Na tym też polega dramatyzm toczonych w wielu krajach (Belgia, Niemcy, Francja, Australia) sądowych sporów wydawców prasowych z Google –  ten ostatni nie zarabia wiele na udostępnianiu wycinków z informacji prasowych i bez większych strat może protestujące gazety po prostu odciąć, na czym najwięcej tracą ich wydawcy. Oczywiście, głęboko wierzę, że niezależne, jakościowe dziennikarstwo przetrwa. Wymagać to będzie jednak radykalnej zmiany jego modelu biznesowego – czytelnik skłonny jest płacić za „usługę” regularnego, niezależnego i radykalnie pogłębionego tłumaczenia świata w interesujących go aspektach. Jest to jednak strategia dokładnie odwrotna do maksymalnego powiększania objętości i zawartości gazety po to by upchnąć tam jak najwięcej reklam.  Dostarczanie pogłębionych analiz rzeczywistości trudno także pogodzić z napędzanym reklamami dostarczaniem powierzchowno-ogólnego miksu informacyjnego dla każdego oraz łatwej rozrywki. Przetrwają Ci, którzy odpowiednio wcześnie dokonali strategicznego wyboru…

               W tym kontekście wolność słowa i jakość dyskursu w ramach mediów społecznościowych nabiera kluczowego znaczenia dla kształtu naszego życia publicznego. Media społecznościowe stały się piątą władzą, która jest na potrzebna dla zdrowia naszego życia społecznego oraz kontroli tych, którzy sprawują polityczną lub ekonomiczną władzę. Stąd też gorący ostatnio temat tzw. moderowania treści w mediach społecznościowych uważam za niezwykle ważny. Z jednej strony cenzurowanie treści zmanipulowanych, w sposób ewidentny fałszywych, nawołujących do łamania prawa czy nienawiści nie budzi większych wątpliwości. Z drugiej jednak strony, kontrolowanie przez ekspercko-urzędniczy panel każdej wypowiedzi pod kątem jej prawdziwości i słuszności napawa mnie lękiem. Nie tylko dlatego, że ten lub inny ekspert może mieć politycznych lub biznesowych „sponsorów”, ale także dlatego, że w trudnych lub nowych aspektach życia, zwłaszcza na początkowym etapie, bardzo często nie ma jednego, słusznego poglądu. Sprawa sensowności powszechnego noszenia maseczek ochronnych jako metody zapobiegania zakażeniom Covid -19 czy też powszechności bezobjawowych nosicieli tej choroby są tutaj najlepszymi przykładami. Przecież w tej kwestii nawet WHO zmieniało zdanie. Nie wiem, czy przyczyną były tutaj nadmierne wpływy Chin w tej organizacji (jak twierdzą niektórzy) czy też po prostu początkowy brak wystarczająco pogłębionych analiz. Wiem natomiast, że w wielu sprawach warto pozwolić na swobodną dyskusję nawet kosztem rozpowszechniania przy tej okazji poglądów błędnych, gdyż często przybliża nas to do prawdy. Wolność słowa ma swoje wysokie koszty, ale co do zasady warto je ponosić.  

„(…) Wierz tylko temu co się nie zmieni:

Wierz demokracji wolnych przestrzeni,

Która choć w burzach sporów się pieni,

Ma dno pod sobą. (…)”

(J. Brodski, W stylu Horacego, tłum. S. Barańczak)