Trump, Tech i Bitcoin czyli o potrzebie technologicznej decentralizacji

  • Post published:

„Zablokowanie” Trumpa przez amerykańskie firmy technologiczne nie jest wyłącznie epizodem w historii politycznej Stanów Zjednoczonych, lecz zdarzeniem, które istotnie rzutować będzie na rozwój branży technologicznej w najbliższych latach: zarówno od strony regulacyjnej jak i zachowań użytkowników. W następstwie tragicznych zdarzeń na Kapitolu – szturmu uzbrojonego tłumu na budynek Kongresu Stanów Zjednoczonych – Twitter i Facebook zawiesiły konta Trumpa na swoich serwisach; serwerownie Amazona odmówiły świadczenia dalszych usług Parlerowi (serwisowi społecznościowemu wykorzystywanego przez zwolenników Trumpa), a Stripe zaprzestał procesowania wpłat na konto aparatu wyborczego Trumpa. Dla jasności: uważam, że te działania były etycznie uzasadnione. Trump złamał podstawowe reguły gry w demokratycznym społeczeństwie, podżegając swoich zwolenników do opartych na przemocy działań mających zapobiec przekazaniu władzy na rzecz legalnie wybranego, nowego prezydenta. Społeczeństwo może i powinno na takie działania reagować. Państwo nie jest jedynym wyrazem funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego; z reguły działa ono także poprzez organizację pozarządowe – w tym przypadku także prywatne spółki.

Menadżerowie prywatnych korporacji blokując Trumpa działali więc w słusznym interesie społecznym. Problem w tym, że z punktu widzenia długoterminowego interesu wspomnianych spółek technologicznych (i ich akcjonariuszy) działania te były co najmniej dyskusyjne, gdyż obnażyły ich największy problem – niespotykaną w historii centralizację faktycznej władzy w rękach kilku technologicznych molochów. Kręgosłupem nowoczesnego społeczeństwa – obok państwa, prawa, podatków, budżetu itp – od dłuższego czasu jest zestaw podstawowych usług informatycznych, bez których ani społeczeństwo, ani państwo nie może działać. Dostawcami tych usług jest kilka amerykańskich korporacji, które jak dotąd podlegały stosunkowo nieuciążliwym regulacjom, gdyby porównać je z zakresem norm prawnych obciążających innych dostawców usług o charakterze „infrastrukturalnym” takich jak np. banki czy telekomy. Osobiście darzę dużą sympatią zarówno Bezosa, Zuckerberga czy Dorseya, stojących na czele wspomnianych firm. Należą oni do największych przedsiębiorców i wizjonerów napędzających technologiczną rewolucję naszych czasów. Jednak regulowanie wolności słowa w mediach społecznościowych przez prezesa prywatnej korporacji, który pozbawiony jest jakiejkolwiek demokratycznej legitymacji, musi budzić uzasadnione wątpliwości.

„Zablokowanie” Trumpa przez Big-tech w najbliższych latach wywoła regulacyjno-legislacyjne tsunami, które mocno uszczupli marże osiągane przez te spółki i ograniczy ich swobodę prowadzenia biznesu. Wskazują na to reakcje polityków praktycznie wszędzie na świecie – od Europy po Indie. Ciężar dyskusji przeniesie się bowiem z problemu jak stosować do tych spółek tradycyjne reguły antymonopolowe, na rzecz stanowienia nowych regulacji, mających ograniczyć scentralizowaną i arbitralną władzę technologicznych gigantów. Ze strony władz państwowych można także spodziewać się pogłębienia polityki „regionalnej fragmentacji” infrastruktury internetowej – typu „dane naszych obywateli tylko w lokalnych serwerowniach”.

Ofensywie legislacyjnej władz państwowych towarzyszyć będą działania użytkowników dóbr cyfrowych mających na celu uwolnienie się od zależności od jednego dostawcy. W zakresie produktów chmurowych wzmocni to tylko trend do korzystania z rozwiązań typu „multicloud”. Nikt nie może sobie bowiem pozwolić na to, żeby byt swojego biznesu uzależnić od jednego „przycisku” po stronie Amazon Web Services. Można także spodziewać się przyspieszonej adaptacji rozwiązań informatycznych pozbawionych jednostki centralnej, a opartych o rozproszone bazy danych (DLT) i blockchain. Dlaczego nie pokusić się o budowanie portali społecznościowych, które nie są własnością jednej, wielkiej korporacji, lecz wielu uczestników ją współtworzących, z której można zostać usuniętym wyłącznie w oparciu o jakiś mechanizm budowania konsensusu (np. większością głosów), a nie na podstawie arbitralnych reguł Marka Zuckerberga. Innymi słowy, na horyzoncie pojawiła się szansa na powrót do korzeni internetu, czyli decentralizację opartych na nim usług.

Jak dotychczas Bitcoin stanowił jeden z niewielu eksperymentów w tym zakresie, który przebił się do powszechnej świadomości. Wspomniana kryptowaluta jest bowiem zdecentralizowanym mechanizmem swoistej samoobrony społecznej w stosunku do ekspansywnej polityki monetarnej banków centralnych po 2008 roku i dość umiarkowanej jakości usług tradycyjnych instytucji finansowych w zakresie płatności elektronicznych. Bitcoin nie jest może aktywem godnym polecenia dla przeciętnego konsumenta z uwagi na dużą zmienność wartości, jednak wydaje się, że pozostanie z nami na długo jako rodzaj „wirtualnego złota”. Na podobnej zasadzie, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że otwarte protokoły informatyczne, zdecentralizowane bazy danych i blockchain w przyszłości będą stanowić także alternatywę dla Twittera i Instagrama.

Oczywiście, duże spółki technologiczne pozostaną na rynku. Jednak podlegać one będą erozji na skutek opisanych wyżej procesów, zarówno w zakresie osiąganych zysków, jak i swobody ekspansji. W ostatecznym rozrachunku skłania to do cieplejszego spojrzenia na niedawne decyzje Bezosa, Zuckerberga i Dorseya, gdyż jak się wydaje, działali oni wbrew finansowym interesom spółek, w których skoncentrowany jest ich prywatny majątek. Otwartym pytaniem pozostaje, jak te procesy wpływać będą na pozycję Stanów Zjednoczonych i dolara w światowej gospodarce, ale to już temat na zupełnie inną dyskusję.