
W minionym tygodniu notowany we Frankfurcie niemiecki fintech Wirecard stracił 80% swojej wartości i ojca swojego sukcesu CEO Marcusa Brauna. Bezpośrednią przyczyną katastrofy była odmowa wydania opinii do raportu rocznego za 2019 r. przez audytora – EY. Spółka nie była w stanie wykazać, że rzeczywiście dysponuje ujętymi w bilansie ok. 2 mld EUR na azjatyckich rachunkach bankowych. Potwierdzenia sald z banku na Filipinach, które zostały przedstawione audytorowi, okazały się fałszywkami podpisanymi przez skorumpowanego pracownika bankowego. Suma ta odpowiadała 25% sumy bilansowej oraz rocznemu przychodowi Wirecard za 2018. Od początku 2019 spółka pogrążona była w problemach na skutek serii publikacji Financial Times inspirowanych przez sygnalistów ze spółki, którzy zarzucali jej oszustwa księgowe oraz sztuczne pompowanie przychodów w azjatyckich spółkach zależnych. Na skutek tych wydarzeń Marcus Braun zrezygnował, a wartość spółki spadła do 3 mld Euro. ,Złośliwi analitycy twierdzą że jedyną wartością związaną z Wirecard, która będzie rosła w przyszłości, to prawa do ewentualnego filmu o powstaniu i upadku Wirecard.
A miało być tak pięknie…. W 2018 roku Wirecard wart był blisko 25 mld Euro – czyli więcej niż Deutsche Bank – i zastąpił Commerzbank w prestiżowym indeksie DAX. Inwestorzy, którzy nabywali akcje spółki w 2004 po 4 euro w 2018 mogli je sprzedać po 200 euro. Wyniki Wirecard rosły jak na drożdżach, a spółka zadziwiała analityków realizując z nawiązką wszystkie – i tak bardzo ambitne – prognozy. Wirecard postrzegany był jako duma niemieckiej i europejskiej gospodarki – jeden z nielicznych sukcesów w zakresie nowych technologii na skale globalną.
Nie ulega wątpliwości, że Wirecard ze swoim biznesem znalazł się na właściwym miejscu, we właściwym czasie. Wirecard funkcjonuje w pozornie (jak się okazuje) nudnym i banalnym sektorze usług płatniczych, czyli m. in. rozliczania płatności bezgotówkowych w ramach transakcji internetowych. Rozwój e-commerce przyniósł ze sobą rozkwit tego typu firm – np. Stripe czy Pay Pal w USA oraz Stone Co. w Brazylii. Dokonywanie płatności za dobra nabywane online okazało się bardzo newralgicznym etapem pozyskiwania klientów przez e-commerce, gdzie jakiekolwiek trudności w dokonaniu zapłaty prowadzą najczęściej do utraty klienta. Stąd absolutnie kluczową usługą dla każdego przedsiębiorcy sprzedającego w internecie jest pozyskanie łatwego w obsłudze oprogramowania umożliwiającego klientom dokonywanie płatności – tzw. bramki płatniczej (payment gateway). Dostawców technologii bramek płatniczych jest dziś na rynku wielu, jednak kluczowe w całym łańcuchu wartości staje się uzyskanie znacznej skali i statusu agregatora/procesora płatności, czyli podmiotu, który pośredniczy w rozliczaniu transakcji dzięki bezpośrednim relacjom z największymi sieciami kart kredytowych (Visa, Mastercard).
Firma płatnicza zarabia na drobnych opłatach (prowizjach) pobieranych od przedsiębiorców przyjmujących płatności elektroniczne, dlatego staje się ona rentowna dopiero przy odpowiedniej skali. Duża firma płatnicza zdolna jest oferować międzynarodowym klientom różnorodne formy płatności, w tym także te najpopularniejsze w danym regionie – od kard kredytowych, przez przelewy bankowe aż po rosnącą paletę alternatywnych, mobilnych instrumentów płatniczych typu Google pay, Apple pay, czy chińskie Ali pay, Wechat pay. E-commerce jest bowiem z natury rzeczy globalny. Podstawowa działalność firmy płatniczej nie jest może wysoko marżowa, ale za to jest konieczna i newralgiczna dla sprzedaży internetowej. W rezultacie usługi płatnicze stają się doskonałym fundamentem dla świadczenia przez firmy płatnicze usług dodatkowych dla przedsiębiorców, takich jak kredyty i inne usługi finansowe (jedna ze spółek z grupy Wirecard uzyskała licencję bankową). Nie trzeba dodawać, że firma płatnicza pośrednicząca w przyjmowaniu płatności dla przedsiębiorcy dysponuje idealnym dostępem do danych pozwalających precyzyjnie określić jego zdolność kredytową. Niektóre z firm płatniczych (np. brazylijski Stone Co.) oferują swoim przedsiębiorcom także cały pakiet usług informatycznych wspierających ich działalność, np. oprogramowanie do prowadzenia księgowości czy zarządzania relacjami z klientami.
CEO Wirecard i jego największy akcjonariusz (7%), dr Marcus Braun – informatyk z Wiednia – był wizjonerem i charyzmatycznym liderem. Małą firmę płatniczą rozliczającą transakcje w szarej strefie internetu – obejmującej strony pornograficzne i hazardowe – zamienił w ciągu kilkunastu lat w globalną potęgę obsługującą największe linie lotnicze i detalistów. Przyznam, że lubiłem słuchać jego prezentacji dotyczących handlu opartego o płatności bezgotówkowe, sztuczną inteligencję i blockchain. Co więc się stało, że Wirecard okazał się kolosem na glinianych nogach? Odpowiedzią na to pytanie zajmować się będzie w najbliższym czasie armia prawników w Europie. Wydaje się, że Wirecard to nie była piramida Madoffa. Na tę firmę składał się kawałek zdrowego biznesu – choć zapewne mniej rentownego i wolniej rosnącego niż ten raportowany. Nie sądzę też by życiowym celem Marcusa Brauna było zostanie europejskim symbolem oszustw księgowych typu Jeffreya Skillinga z Enronu. Można tylko przypuszczać, że przyczyną klęski Marcusa Brauna była pewne skłonność do „ścinania zakrętów” i „chodzenia na skróty”, która z biegiem czasu stała się nałogiem.
Publikacje FT wskazują na to, że część przychodów Wirecard osiąganych na rynkach azjatyckich była sztucznie zawyżana. Wirecrd na części z tych rynków nie posiadał licencji na rozliczanie transakcji i wykorzystywał w tym celu lokalnych pośredników – tzw. Third Party Acquirers. Transakcje rozliczane przez tych pośredników na rzecz Wirecard traktowane były jako transakcje własne, choć oczywiście nadzór nad skalą ich działalności był utrudniony. Zdaniem sygnalisty ujawniającego te praktyki oraz publikacji FT część z tych transakcji w ogóle nie miała miejsca, a część z nich stanowiły transakcje wewnętrzne spółek z grupy Wirecard, mające na celu sztuczne zwiększanie wolumenu transakcji obsługiwanych przez spółkę. W efekcie pozwalało to raportować wyższe niż w rzeczywistości przychody i zyski. Nie trzeba wielkiej przebiegłości intelektualnej, by powiązać odkryty przez audytora brak 2 mld euro na koncie bankowym prowadzonym na potrzeby tych rozliczeń z zarzutami dotyczącymi sztucznego zawyżania wyników na rynkach azjatyckich.
Jak do tego mogło dojść w spółce należącej do prestiżowego indeksu giełdy we Frankfurcie, DAX, audytowanej przez EY? W spólce której akcje znajdowały się w portfelach najlepszych funduszy inwestycyjnych? Wreszcie po co ta cała historia była Marcusowi Braunowi, który od dawna był zamożnym człowiekiem i ikoną europejskiej innowacyjności? W biznesie, jak w życiu, najczęściej te same cechy charakteru, które prowadzą człowieka na szczyt, mogą być przyczyną jego upadku. Charyzma, indywidualizm i pewna doza apodyktyczności to cechy każdego lidera. Dobrych, innowacyjnych biznesów nie budują komitety specjalistów od compliance działające według akademickich podręczników. Z drugiej jednak strony, jeżeli te cechy połączyć ze skłonnością do „ścinania zakrętów” i „dróg na skróty” dla tzw. „większego celu” to z reguły nie kończy się to dobrze – z biegiem czasu stawka rośnie coraz bardziej, a krytycznie myślących ludzi wokół CEO/ miliardera jest coraz mniej (przybywa za to klakierów). Nie bez przyczyny Warren Buffet w swoich listach psioczył zawsze na upublicznianie przez spółki giełdowe prognoz wyników, twierdząc że jedynym ich skutkiem jest pokusa fałszerstw księgowych, gdy spółka nie może „dowieźć wyniku”. A Wirecard uwielbiał rozpieszczać analityków giełdowych ambitnymi prognozami, które zawsze realizował…. Wydaje się, że w ostatecznym rozrachunku, Marcusowi Braunowi nie pozostało już nic innego niż agresywnie blefować co do rzeczywistej kondycji finansowej spółki. Historia z przesuwaniem publikacji raportu rocznego za 2019 r. – który miał oczywiście zawierać jednoznacznie pozytywną opinią audytora – była już tylko końcowym „all in” bez pokrycia.
Jaki jest morał z tej smutnej historii? Niezbyt budujący niestety. Zawiedli „strażnicy” powołani do tego by takie sytuacje nie miały miejsca – tj. rada nadzorcza i audytor. W ostatnim liście do akcjonariuszy Warren Buffet zauważa, że w spółkach o bardzo silnym CEO (który w przypadku Wirecard był nadto dominującym akcjonariuszem), dyrektorzy niewykonawczy/członkowie rad nadzorczych wybierani są pod często pod dyktando CEO, co skutkuje tym, że pośród nadzorców „dominuje raczej temperament cocker spaniela niż bull-teriera”. Nie jest to może metafora przepełniona szacunkiem do korporacyjnego nadzoru, ale w tym przypadku nie można odmówić jej trafności. Audytor odmówił pozytywnej opinii dopiero w momencie, kiedy już nie mógł inaczej – tj. po niekorzystnym dla spółki audycie śledczym konkurenta KPMG zamówionym przez radę nadzorczą. Instytucje mające stać na straży interesów akcjonariuszy w końcu oczywiście zadziałały, ale zdecydowanie za późno, aby uchronić akcjonariuszy przed miliardowymi stratami. Na tym etapie zwycięzcami będą już tylko prawnicy dochodzący roszczeń w imieniu pokrzywdzonych inwestorów. W tzw. międzyczasie – tj. w 2019 – niemiecki organ nadzoru nad rynkiem kapitałowym (BAFIN) wszczął dochodzenie…., ale przeciwko Financial Times w sprawie rzekomej manipulacji kursowej poprzez rozpowszechnianie fałszywych informacji o Wirecard oraz zakazał krótkiej sprzedaży akcji tej spółki.
Skandal Wirecard to z drugiej strony okazja do złożenia hołdu niezależnemu dziennikarstwu, a precyzyjnie dziennikarzom Financial Times, którzy od końca 2018 roku rozpoczęli publikować alarmujące teksty na ten temat. FT od początku był pod potężną presją niemieckiej opinii publicznej i przychylnych spółce analityków, którzy oskarżali gazetę o współpracę z short-sellerami. Gazeta musiała zmagać się z dochodzeniem ze strony BAFIN, procesem wytoczonym przez Wirecard oraz agencjami wywiadowczymi zatrudnianymi przez spółkę. Histora Wirecard to także argument na rzecz korzyści płynących dla rynku z krótkiej sprzedaży, przynajmniej w zakresie wykrywania nadużyć księgowych.
Historia Wirecared jest smutna także w szerszym, ogólno-europejskim zakresie, zwłaszcza w kontekście europejskich ambicji wyrwania sią spod technologicznej dominacji spółek amerykańskich czy azjatyckich, które praktycznie kolonizują rynek europejski. Prawdziwą odpowiedzią na to zjawisko nie jest bynajmniej gniewne wymachiwanie podatkiem cyfrowym (o którym skądinąd warto dyskutować) tylko budowanie europejskich, technologicznych czempionów – tak by rynek europejski na świecie nie kojarzył się tylko ze spalinowymi samochodami i szwajcarskim zegarkami – atrybutami rzeczywistości, która powoli przechodzi do historii.
