
Twórca pierwszej komercyjnej przeglądarki internetowej Marc Andreesen zwykł mawiać, że u samego zarania internetu legł swoisty grzech pierworodny. Pierwsze pomysły biznesowe oparte o internet w większości zakładały darmowy charakter usług i oparcie ich modelu finansowego o reklamy. Powodem były techniczne trudności we wprowadzeniu sprawnych i bezpiecznych płatności internetowych. Doprowadziło to nie tylko do powstania Google’a i Facebooka, ale także ogromnej branży, która wykorzystuje tę fascynującą cechę internetu, jaką jest możliwość dopasowania każdej wyświetlonej reklamy do profilu osobowego konkretnego internauty. Model ten jednak zakłada gromadzenie danych o użytkowanikach przez podmioty zajmujące się “sprzedażą naszych oczu” na rzecz reklamodawców.
Sama idea targetowania reklam nie jest niczym zdrożnym. Myślę o tym zawsze, gdy oglądając mecz w linearnej telewizji jestem bombardowany reklamami sugerującymi oparcie mojej diety o piwo i parówki, a następnego dnia rano ulubione radio przekonuje mnie, że bez kilograma suplementów diety na „syndrom niespokojnych stóp” moje życie legnie w gruzach… Nikt także nie narzeka, gdy Netflix czy Spotify odpowiednio dopasowuje proponowane filmy albo muzykę na podstawie tego, co oglądaliśmy/słuchaliśmy wcześniej.
Problem w tym, że trwająca długie lata wolna amerykanka w zakresie ochrony prywatności oraz brak powszechnej świadomości dotyczącej modelu funkcjonowania Googla i Facebooka doprowadził do kryzysu zaufania społecznego wobec cyfrowych korporacji. W cyfrowym świecie czujemy się osaczeni, inwigilowani oraz manipulowani. Pandemiczny przesyt cyfrowymi kanałami komunikacji tylko potęguje te uczucia.
Istnieją trzy możliwe sposoby rozwiązania tego problemu. Pierwszy zakłada zaprzestanie korzystania z pozornie darmowych usług finansowanych za pomocą reklam i przejście na odpłatny model subskrypcyjny. Problem w tym, że jest to rozwiązanie, które nie chroni osób ubogich i przez to najbardziej narażonych na eksploatację przez internetowych gigantów.
Drugi model oparty jest na hipokryzji i wykorzystywaniu dominującej pozycji przez twórców systemów operacyjnych dla komputerów i urządzeń mobilnych, którzy ogłaszają, że będą stali na straży naszej prywatności. Żeby ten cel zrealizować będą ograniczać zbieranie danych o użytkownikach przez innych dostawców aplikacji instalowanych na urządzeniach z ich systemem operacyjnym. Nowa wersja IOS przewiduje, że każdy użytkowników Iphone’a będzie musiał wyrazić zgodę na cyfrowe „śledzenie” go przez dostawców aplikacji innych niż Apple. Problem w tym, że rozwiązanie to służy zbudowaniu przez tę spółkę własnego biznesu reklamowego kosztem konkurencji (i nie dotyczy samego Apple’a). Innymi słowy, pod pozorem ochrony naszej prywatności cyfrowy gigant zmiażdży tysiące drobnych twórców różnorodnych aplikacji, których model biznesowy zakłada wykorzystywanie pewnego zakresu wiedzy o użytkownikach.
Jedynym sensowym mechanizmem ochrony naszej prywatności wydaje się więc rozsądnie wyważony system prawny. Unia Europejska odważyła się na bardzo awangardowe rozwiązanie tego problemu za pomocą RODO. Wiele przewidzianych tam rozwiązań jest zasadniczo sensownych – np. zbieranie danych po uzyskaniu zgody użytkownika, czy też prawo do bycia „zapomnianym”. Czego jednak brakuje w obowiązujących regulacjach, to prawo wglądu do całego profilu osobowego, którym dysponuje portal typu Facebook – a więc nie tylko danych o użytkowniku, które zostały zebrane bezpośrednio, ale także danych uzyskanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
Kłopot polega na tym, że przewidziana w RODO konieczność uzyskiwania zgody na wykorzystywanie „ciasteczek” służących śledzeniu internautów wzmocniła pozycję zasiedziałych internetowych gigantów. Bez problemu uzyskują oni takie zgody od swoich użytkowników. Natomiast utrudnia to bezpośredni dostęp do internautów przez drobnych, internetowych przedsiębiorców, którzy jeszcze nie zbudowali odpowiedniej bazy własnych klientów.
W tym kontekście niepokój budzić może fakt, że „ochroną” naszej prywatności chce się zająć także Google, który przewiduje całkowity zakaz bezpośredniego śledzenia zindywidualizowanych internautów w ramach kolejnych wersji przeglądarki Chrome. Oczywiście Google nadal będzie zbierał informacje na temat użytkowników korzystających z Chrome tylko będzie to czynić w sposób odpowiednio zanonimizowany (tzw. FLoC). Innymi słowy, jeśli chcesz się reklamować w internecie przyjdź do Google, bo tylko on wie jak to robić właściwie.
Nowoczesne regulacje powinny brać pod uwagę nie tylko ochronę prywatności, której bezwzględnie potrzebujemy w sieci, ale także konkurencyjność rynku cyfrowego i możliwości wyboru. Problem w tym, że najmniejsi przedsiębiorcy internetowi muszą jakoś do nas dotrzeć. Nie będzie konkurencji w internecie jeśli zabunkrujemy się za palisadą zbudowaną przez Google czy Apple. Jednym z najistotniejszych elementów systemu chroniącego naszą prywatność jest różnorodność i konkurencyjność dostawców usług cyfrowych. Najlepsze regulacje nie będą wystarczające, aby nas ochronić na zmonopolizowanym rynku. W starciu z takim „rafineriami danych” jakimi są dziś Google i Facebook zawsze będziemy trochę bezbronni. Najlepszą ochroną dla konsumenta często jest po prostu konkurencyjny rynek.
Każdy użytkowników określonej platformy społecznościowej powinien mieć prawo do przeniesienia całej swoje sieci kontaktów do konkurencyjnej platformy, bez konieczności uzyskiwania zgód wszystkich osób, z którymi jest powiązany. Zakłada to oczywiście drobne naruszenie prywatności znajomych takiej osoby, ale tylko w ten sposób można walczyć z dominacją gigantów. Czasami w imię konkurencyjności rynku warto zgodzić się na pewne ograniczenie naszej prywatności.
