Co nam zostało po kryptowalutowej bańce inwestycyjnej?

  • Post published:

Rynek kryptowalut właśnie przeżywa swój „2000 rok” – z hukiem pękła wtedy bańka inwestycyjna na spółkach internetowych. Wiele „gorących” spółek z tego okresu nie przetrwało; wiele osób potraciło dużo pieniędzy. Nie zmienia to jednak faktu, że internet – zgodnie z ówczesnymi przewidywaniami – pozostaje jedną z najważniejszych technologii kształtujących naszą cywilizację. Osobiście wątpię by kryptowaluty oparte o rozproszone bazy danych i blockchain były technologią, której skutki będą porównywalne do internetu – nie umniejsza to jednak jej potencjału. Kryptowaluty pozostaną elementem współczesnej gospodarki, choć najprawdopodobniej poddanym zdecydowanie bardziej rozbudowanym regulacjom.

Nie zamierzam analizować tutaj upadłości giełdy kryptowalut FTX oraz afery finansowej z nią związanej. Przyczyna jej upadku nie tkwi bynajmniej w „naturze” rynku kryptowalut. Wykorzystywanie pieniędzy klientów przez pośrednika dla własnej działalności inwestycyjnej, ucieczka przed regulacjami do krajów o dość swobodnym reżimie regulacyjnym, slaby ład korporacyjny i brak mechanizmów zarządzania ryzykiem to nadużycia stare jak świat i doskonale znane rynkowi tradycyjnych instrumentów finansowych. Dramatyczny spadek wartości wielu kryptowalut był czynnikiem spustowym, który jedynie odsłonił słabość modelu biznesowego samej giełdy FTX i powiązanego z nią krypto-funduszu hedgingowego Alameda. Jak mawia Klasyk: „dopiero gdy przychodzi odpływ można się zorientować kto pływał bez majtek”(Warren Buffet).

Bańki inwestycyjne powstające wokół nowych technologii w gospodarce to bolesne choć dość częste zjawisko – jak wskazywała w swoim opracowaniu Carlota Perez. Trafne dostrzeżenie potencjału określonej technologii rodzi entuzjazm i powiązaną z nim znaczną skalę inwestycji w jej rozwój, która z kolei napędza wyceny projektów ją wykorzystujących. Realne tempo rozwoju technologii oraz spodziewana transformacji gospodarki najczęściej jest zbyt powolna w stosunku do wygórowanych oczekiwań co skutkuje rozczarowaniem i pęknięciem bańki inwestycyjnej. Tak było w przypadku kolei, telekomunikacji, internetu i podobny los spotkał teraz entuzjastów kryptowalut – natura ludzka jest niezmienna.

Ale jest też drugi skutek technologicznej bańki inwestycyjnej. Kiedy cały entuzjazm wokół określonej technologii minie, ogromna ilość zmobilizowanego kapitału zainwestowanego w rozwój danej technologii w dłuższym terminie zaczyna powoli przynosić oczekiwane owoce. Z reguły nie jest już ona postrzegana jako nowinka, ale poniekąd nudny fragment codziennej rzeczywistości. Wydaje się, że kryptowaluty właśnie wkraczają w tę drugą fazę rozwoju.

Idea programowalnego, internetowego pieniądza, którego transfer nie wymaga istnienia dużych scentralizowanych pośredników w postaci tradycyjnych instytucji finansowych jest zbyt dojrzała i ważna by aktualne zawirowania rynkowe pozbawiły ją znaczenia. Wbudowany w informatyczne protokoły internetowy „pieniądz” rozwiązuje przy tym wiele problemów motywacyjnych pozwalając na budowę całkowicie nowych modeli biznesowych, które wcześniej nie były możliwe.

 Jako przykłady przywołać można platformę Dimo tworzącą sieć powiązanych z internetem samochodów. Użytkownik pojazdu dobrowolnie udostępnia dane dotyczącego tego co się dzieje z jego pojazdem, w zamian za to uzyskuje wynagrodzenie w postaci tokenów, które z kolei kupują wszyscy potencjalni usługodawcy pragnący mieć dostęp do tych danych: ubezpieczyciele, reklamodawcy, firmy parkingowe, przydrożne restauracje itd. Tokeny te mają swoją realną wartość dzięki popytowi ze strony podmiotów zainteresowanych dostępem do danych o pojazdach należących do sieci, gdyż jedyną formą płatności za dostęp do danych z platformy Dimo są przedmiotowe tokeny, które muszą być wcześniej nabyte za tzw. „twardą” walutę np. dolary. Przy czym swoistym „właścicielem” platformy Dimo nie jest żadna scentralizowana korporacja, lecz wszyscy podłączeni do niej użytkownicy pojazdów – ot, taka krypto-spółdzielnia.

Kolejnym przykładem jest Helium, czyli rozproszona, bezprzewodowa sieć przesyłu danych w oparciu o powiązane ze sobą routery Wi-Fi należące do członków społeczności. Jeśli zainstalujesz na swoim parapecie router włączony do platformy Helium tworząc swoisty hot-spot internetowy przy twoim domu uzyskasz tokeny emitowane przez Helium, które kupować będą użytkownicy takiej „ludowej” sieci telefonii komórowej. Aktualnie do sieci należy prawie milion hot-spotów, wykorzystywanych np. przez operatorów rowerów miejskich czy elektrycznych skuterów do „śledzenia” swoich urządzeń.

Dla jasności: nie posiadam tokenów wyżej wspomnianych platform, ani jakichkolwiek krytptoaktywów. Nie wiem czy wspomniane wyżej platformy odniosą ostatecznie sukces rynkowy. Powyższe przykłady pokazują jedynie, że w oparciu o kryptoaktywa, rozproszone bazy danych i blockchain, można budować realne modele biznesowe, które bez tych technologii nie byłyby możliwe. W tokeny Helium i Dimo zainwestował natomiast np. Bill Ackman, który należy raczej do zarządzających aktywami ze szkoły inwestowania w wartość, niż do kasty „technologicznych lunatyków” (otwarcie jednak przyznaje on, że  są to małe pozycje w jego portfelu inwestycyjnym nabyte raczej w celach edukacyjnych).

Pomimo ostatnich spadków wartości bitcoin zapewne też pozostanie trwałym elementem finansowego krajobrazu, choć zapewne odartym ze spekulacyjnej ekscytacji, co w mojej ocenie będzie pozytywnie wpływać na jego użyteczność. Tak jak z wielu względów raczej nie wierzę by bitcoin stał się powszechnie wykorzystywanym środkiem płatniczym w obrocie, tak wyobrażam sobie, że zawsze znajdzie się jakiś popyt na swoiste cyfrowo-internetowe złoto. Niezależny od państw i banków centralnych,  cyfrowy i globalny sposób przechowywania wartości może być całkiem przydatny na wypadek wojen czy inflacyjnych turbulencji na rynkach. Aby tak się stało zapewne zmienić się musi struktura podmiotów weń inwestujących, którą opuszczą osoby o spekulacyjnym nastawieniu a ich miejsce zajmą konserwatywni ciułacze szukający niezależnej, globalnie dostępnej „przystani” dla drobnej części swoich aktywów na wypadek wojen, katastrof i inflacji. Aby tak się stało kurs wirtualnego złota nie może jednak zachowywać się jak technologiczny NASDAQ, za co odpowiada w znacznej mierze struktura spekulacyjnie nastawionych inwestorów bitcoina, która w dłuższym terminie zapewne będzie się zmieniać. Użyteczny bitcoin to nudny bitcoin – odarty z całej tej atmosfery bogacenia się na skróty. Przy okazji społeczność Bitcoina będzie musiała się także zmierzyć z niektórymi (rozwiązywalnymi) problemami takimi jak energochłonność i ślad węglowy procesu kopania bitcoina czy rosnące regulacje tego sektora.

W żadnym wypadku nie namawiam nikogo do kupowania kryptowalut. Sam żadnych nie posiadam. Nie lubię aktywów nie generujących żadnych przychodów takich jak złoto czy bitcoin, bo nie za bardzo potrafię je wycenić. Warto jednak uczciwie przyznać, że w stagflacyjnym otoczeniu makroekonomicznym lat 70-tych złoto okazało się bardzo atrakcyjnym aktywem, a wielu mądrych ludzi twierdzi, że obecna sytuacja całkiem przypomina właśnie ten okres. Jeśli chodzi o realne projekty gospodarcze oparte o kryptoaktywa i blockchain to zapewne trudno dziś oceniać, które z nich w dłuższej perspektywie okażą się sukcesem. Jestem jednak przekonany, że sektor krypto będzie miał swoich zwycięzców, a ogólny spadek ekscytacji wokół całej branży jest pewno dużo bardziej sprzyjającym otoczeniem by zacząć ich wypatrywać.  Ustosunkowując się do tytułowego pytania – co nam zostało po kryptowalutowej bańce inwestycyjnej – odpowiedź, która mi się nasuwa brzmi: całkiem interesująca technologia z realnym, gospodarczym potencjałem.

Fot: „Blockchain technology” by TLC-kios is marked with CC0 1.0.